środa, 29 stycznia 2014

Rozdział III

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Zanim przejdę do rozdziału napiszę kilka istotnych i mniej istotnych rzeczy związanych z tym blogiem:

BLOG JEST PISANY NA PODSTAWIE BOHATERÓW GRY "SŁODKI FLIRT" ORAZ KILKU ODCINKÓW Z TEJ GRY. RESZTA JEST ZUPEŁNIE WYMYŚLONA PRZEZE MNIE.

PODKREŚLONE NA RÓŻOWO NAPISY W ROZDZIAŁACH TO ZAŁĄCZNIKI DO ZDJĘĆ DLATEGO POLECAM KLIKAĆ W NIE PODCZAS CZYTANIA - UROZMAICENIE WYOBRAŹNI GWARANTOWANE!

1. Blog ma niecałe 3 dni i liczba odwiedzin dochodzi już do 400 ! Jestem naprawdę zadowolona i cieszę się, że ktoś czyta moje amatorskie wypociny. 
2.Dziękuje osobom, które zgłaszają się do mnie na Facebooku w sprawie bloga. To naprawdę mi pomaga i dzięki wam wiem co mam zmienić, dodać lub usunąć! Co ja bym bez was zrobiła.
3.Do komentarzy została dodana opcja "anonimowy komentarz" dlatego zapraszam od teraz do udzielania się pod moimi rozdziałami - zwykłe "Chcę więcej!" i oczko autorki motywuje się i cieszy.
4.Został zmieniony motyw i tło. Co sądzicie? :)

Nie zwlekając dalej zapraszam do rozdziału numer trzy. Miłego (mam nadzieję) czytania!

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

      Otworzyłam swoje obciążone oczy snem o godzinie szóstej trzydzieści osiem. Zdając sobie sprawę, że dzisiaj jest piątek od razu wyskoczyłam z łóżka jak oparzona. Ten piątek ma być wyśmienitym piątkiem! Nie mogę go przeleżeć w łóżku! Zbiegłam szybciutko na palcach do kuchni gdzie siedziała moja rodzina w komplecie. Ucieszył mnie ten widok.
      - Witaj rodzinko! - krzyknęłam z uśmiechem jak pięciolatek. 
      - Witaj córeczko. Co Ty dzisiaj taka wesoła? Stało się coś? - zasypał mnie pytaniami ojciec.
      - Tatooo, dzisiaj jest piątek! - krzyknęłam w odpowiedzi. Mike zrobił facepalma wydając przy tym głośny, charakterystyczny "plask."
      - Czyli wszystko jasne. Chodź do stołu, bo śniadanie wystygnie - powiedziała z wielkim uśmiechem rodzicielka. Podziwiałam ją za to, że codziennie uśmiech widniał na jej twarzy. Nawet w tragicznych sytuacjach potrafiła się uśmiechnąć i zarazić nim wszystkich. Dokładnie tak samo jak tata. Tylko dlaczego ani ja ani Mike nie otrzymaliśmy tego daru "zarażania uśmiechem?" Tego nikt się nie dowie a przynajmniej w najbliższym czasie się nie zapowiada.
      Po spożyciu śniadania składającego się z jajecznicy i dwóch kromek chleba świeżo przyniesionego z piekarni pobiegłam na górę ubrać się odpowiednio na ten cudowny dzień. Była końcówka lata więc warto z niej korzystać. Dzisiejsza "stylizacja" składała się z krótkich, schodzonych, jeansowych spodenek, do których ubrałam kwiatową bluzkę na krótki rękaw wsadzając ją w spodenki. Do tego zwykłe brązowe buty na koturnie i abstrakcyjne, białe okulary, które wprost uwielbiam nosić, lecz niestety nie miałam do czego. Skoro dzisiaj tak mocno świeci słońce nikt nie zauważy, że nie pasują do reszty. Po wreszcie skończonym pozowaniu do lustra żeby zobaczyć czy wszystko dobrze leży postanowiłam udać się do szkoły. Ten dzień serio zapowiadał się cudowny, ponieważ nie miałam dzisiaj matematyki - mojej zmory.

      Przez początek drogi szłam ze swoim starszym bratem, ponieważ okazało się, że jak pójdzie przez park to szybciej będzie w pracy i nie musi wcześniej wychodzić z domu. Żegnając się z nim pod miejscem, w którym pracuje poczułam, że ktoś stoi za mną. Nie zwlekając odwróciłam się zobaczyć kto to -  wtedy zaznałam szoku. Był to nie kto inny jak Kastiel. Jedyne co było inne w nim to to, że nie miał na uszach swoich olbrzymich słuchawek. Myśląc tak zapomniałam, że cały czas stoję przed czerwonowłosym, który patrzy na mnie jak na idiotkę.
      - No, mała nie spodziewałem się Ciebie w takim miejscu - zaczął. - Co Ty tutaj robisz tak w ogóle? - zapytał wyciągając z kieszeni paczkę papierosów. Były ty Malboro Gold, które lubiłam najbardziej. Przyznam, że zdarzy palić mi się okazyjnie lecz to, że mój towarzysz lubi takie same jak ja było dla mnie kolejnym szokiem dzisiaj. - Może mi odpowiesz zamiast się gapić? - warknął tak, że aż doskoczyłam.
      - Wybacz, zauważyłam, że masz moje ulubione papierosy dlatego się zamyślałam - odpowiedziałam szybko z łagodnym uśmiechem. Stał wryty jak ściana i nic nie mówił. Wkurzyłam się. Teraz się nie dziwię dlaczego na mnie tak głośno warknął gdy się nie odzywałam. - Halo? - pomachałam mu przed oczami po czym zaczęłam się śmiać. Pierwszy wraz widzę chłopaka, który ma "zawiechę" gorszą ode mnie. Wtedy się ocknął i odpalił papierosa. Stałam czekając na odpowiedź a w zamian za to zostałam spoliczkowana w twarz aromatem wydychanego przez Kastiela dymu papierosowego. Wreszcie postanowił się odezwać. 
      -  Twoje ulubione powiadasz? - zaśmiał się. - Od kiedy takie grzeczne dziewczynki palą takie cuda zwane papierosami, co? - głośniej się zaśmiał.
      - Jak widać nie jestem taka grzeczna jak się Tobie wydaje - odpowiedziałam z taką pewnością siebie, że przechodnie spoglądali na mnie jak na Słońce czyli uciekali, bo w tej okolicy świeciło ono najbardziej.
      - No proszę, proszę - powiedział podając mi paczkę papierosów - Udowodnij skarbie co umiesz - dodał z zadziornym uśmiechem.
      - Jeżeli przestaniesz się tak uśmiechać zobaczysz moje "show" - stwierdziłam wyciągając papierosa i oddając mu resztę - I nigdy nie mów do mnie skarbie, bo stracisz te swoje białe ząbki i żadnej kolejnej dziewczyny nie poderwiesz! - dopowiedziałam to z takim uśmiechem, że wyleciał mi z buzi papieros wpadając pod koszulkę. Cholera! Zaczęłam szybko wsadzać tam głowę aby poszukać mojego papierosa. Mam! Był idealnie w staniku. Wyciągając go usłyszałam głośny śmiech. Kastiel dosłownie turlał się ze śmiechu obserwując moje wcześniejsze poczynania. Zrobiłam buraka na twarzy i zaczęłam podpalać papierosa nie zwracając uwagi na to, że on nadal się śmieje. Przecież w końcu przestanie. Gdy zaciągnęłam się po raz pierwszy buntownik stał już naprzeciw mnie i wyczekiwał obiecanego "show". 
Nie było to nic wartego uwagi, bo składało to się tylko z dymnych kółek i przenikania dymu między siebie. Po zakończeniu jakże atrakcyjnego pokazu czerwonowłosy zaczął klaskać i poruszać głową.
      - Jak na dziewczynę to nawet spoko - powiedział - Dobra koniec zabawy pora do szkoły mała. - wyznał ze sztucznym entuzjazmem. Wkurzyłam się. Nikt nie ma prawa nazywać mnie małą! Nikt!
      - Jak. Jeszcze. Raz. Nazwiesz. Mnie. Małą. Stracisz. Przyrodzenie. - mówiłam słowo po słowie. Jedyne co uratowało mnie przed wybuchem to zaciągnięcie się ostatni raz papierosem i wyrzucenie niedopałka za siebie. 
Przez resztę drogi milczeliśmy. Dla mnie było dobrze i niech tak zostanie. Mój towarzysz ze względu tego, że nie wymienialiśmy ze sobą dialogu postanowił uruchomić swój odtwarzacz i uraczyć mnie głośnymi bitami wydobywającymi się z jego słuchawek. Tak zaczarowana utworem postanowiłam spojrzeć na zegarek. Że co? Godzina siódma pięćdziesiąt pięć? To jakieś żarty. Spóźnię się na moje ulubione zajęcia z Panią Millers czyli plastyka. No załamię się naprawdę. Zaczęłam biec zostawiając czerwonowłosego w tyle i widać, że mu to odpowiada bo zmienił krok ze spaceru w chód żałobny. Nie zwracając na niego dalszej uwagi pobiegłam prosto do szkoły. Zajęcia mieliśmy z klasą do której chodzą bliźniacy - Alexy i Armin.
      Wbiegłam do sali równo z dzwonkiem. Cała zdyszana zajęłam miejsce obok Alexego, ponieważ obiecałam mu to dnia wczorajszego. Zmartwiony niebieskowłosy od razu zaczął prowadzić ze mną wywiad.
      - Hej Ari! Co się stało? Dlaczego jesteś taka zdyszana?! - zaczął.
      - Cześć, nic takiego po prostu Kastiel mnie zagadał i pobiegłam do szkoły. Wiesz, że nigdy nie odpuściłabym plastyki! - odpowiedziałam z wyrzutem w głosie na jego pytanie.
      - No dobra uznajmy, że Ci wierzę! - uśmiechnął się - dzisiaj malujemy martwą naturę! Cieszysz sie? Bo ja bardzo! - krzyknął tak, że nauczycielka skarciła go wzrokiem. Z mniejszym już entuzjazmem wyciągnął z toby farby i pędzelki. Ja uczyniłam to samo. Razem udaliśmy się nalać wody do kubków i zaczęliśmy malować to co znajdowało się przed nami. 
      Półtorej godziny później skończyłam swoją pracę i obserwowałam jak Alexiątko (postanowiłam go tak nazywać, bo często zachowuje się jak dziecko) męczy się ze swoją pracą. Jeden pędzel miał w buzi, inny w lewej ręce a drugi w prawej. Wyglądało to przekomicznie! Jednak gdy zobaczyłam, że niebieskowłosy już kończy pracę dosłownie oniemiałam. Nie miałam pojęcia, że kryje się w nim taki ogromny talent. Niestety zauważył moją zakłopotaną minę i zetknął się ze mną wzrokiem.
      - Coś nie tak? - zapytał odkładając swoje pędzle do kubka z brązową już wodą.
      - Nie, nic po prostu oglądam twoją pracę - odpowiedziałam niepewnie 
      - Rozumiem. Wiem, że nie jest to najlepsze ale serio się starałem! - próbował mnie przekonać do swojej pracy. Myślałam, że zaraz wybuchnę.
      - Człowieku to jest piękne co ty pierdolisz! - powiedziałam z bananem na ustach.
      - Naprawdę? Dziękuje, że tak sądzisz! - krzyknął i ścisnął mnie swoim uściskiem. Przyznam, że był teraz przyjemniejszy niż za pierwszym razem w parku gdzie prawie mnie udusił. Niestety te chwile przeszkodziła nam nauczycielka chrząkając na znak, że się to jej nie podoba.
      - Panie Molière jeżeli podoba się Panu panienka Phantomhive to proszę ją zaprosić po lekcjach na kawę. Teraz jest lekcja i chciałabym przyjrzeć się waszym pracą, które rozumiem, że są już skończone skoro macie czas na flirty. - oznajmiła z obrzydzeniem w głosie. Nie dziwiłam się, że nie jest zamężna jeszcze w tym wieku skoro na takie rzeczy reaguje z obrzydzeniem. Oderwaliśmy się od siebie z Alexym jak oparzeni i mierzyliśmy wzrokiem nauczycielkę, która zaczęła już oglądać nasze prace. Oglądała je może z pięć minut. Zniecierpliwiona zaczęłam się pytać:
      - I co pani sądzi? - zaczęłam niepewnie. Podniosła na nas wzrok i zdjęła okulary z nosa.
      - No, no. Widzę, że w końcu mamy jakiś artystów - uśmiechnęła się. - Chciałabym was zgłosić do międzyszkolnego konkursu plastycznego, który odbędzie się za dwa tygodnie. Będzie trwał dwa dni więc będziecie zwolnieni przez te dni z lekcji. Co wy na to? - zapytała marszcząc brwi. Spojrzałam na mojego towarzysza, który wręcz kipiał radością na wieść o tej informacji. Nie miałam nic innego do wyboru tylko się zgodzić.
      - No dobrze niech będzie - oznajmiłam nieśmiało lekko się uśmiechając. Alexy tylko pokiwał głową na znak zgody. Podczas gdy zadowolona nauczycielka odeszła od naszego stolika rozbrzmiał dzwonek ogłaszający przerwę. Wszyscy uciekli już z klasy tylko ja i niebieskowłosy. Postanowiłam zostać drugim Alexiątkiem i pisnęłam z radości. On poszedł w moje ślady. Skakaliśmy tak z radości przez może pięć minut nie odzywając się do siebie. Były one zbędne, bo rozumieliśmy się bez słów. Gdy zadzwonił dzwonek pożegnaliśmy się.
      Podczas drogi do kolejnej sali lekcyjnej poczułam, ktoś łapie mnie za ramiona. Przestraszyłam się. Poczułam, ta osoba wbija mi paznokcie w ramiona więc postanowiłam się odwrócić twarzą do niej. Bez skutków. Trzymała mnie tak mocno, że nie mogłam nawet się poruszyć o milimetr. Było już dawno po dzwonku więc nie miałam szans na ratunek. Nagle po schodach zaczęła schodzić bardzo wysoka blondyna na dziesięciocentymetrowych szpilkach. Nie znałam jej imienia ale widziałam tylko jak wrogo patrzała na mnie podczas lekcji plastyki. Gdyby wzrok zabijał umarłabym może z 8 razy. Tego nie przeżyłby nawet kot. Podeszła do mnie i złapała mnie za brodę.
      - No popatrzcie! Nowa i już ulubienica pani od plastyki - powiedziała z kpiną w głosie - A teraz posłuchaj. Od zawsze to ja chciałam jechać na ten konkurs więc zrezygnujesz z niego i to ja pojadę z Alexym, wszystko zrozumiane? - mocniej ścisnęła moją brodę rozkazując mi przy tym patrzeć w oczy. Głośno się zaśmiałam.
      - Jeżeli myślisz, że się Ciebie boję to dyrektorka ma męża - powiedziałam z zadziornym uśmiechem. Czułam, że przebywanie w obecności Kastiela mnie zmieniło.
      - No popatrzcie jaka pyskata! Lee proszę zajmij się naszą nową psiapsiółką jak należy. -  wtedy zza ściany wyłoniła się brunetka z prostą grzywką. Biegiem do mnie podeszła i pierwsze co zrobiła to uderzyła mnie w twarz. Zaczęłam się wyrywać z uścisku dziewczyny, która nadal mnie trzymała lecz ona tylko splotła mi ręce z tyłu i już kompletnie nie mogłam się ruszyć. Z zaskoczenia zostałam uderzona drugi raz. Teraz zauważyłam na ręce dziewczyny krew. O nie tego było za wiele. Wtedy znienacka dostałam z pięści w brzuch. Zaczęłam zginać się w pół z bólu. Wtedy zadzwonił dzwonek oznajmujący koniec lekcji. Blondynka chwyciła mnie ostatni raz za podbródek i powiedziała:
      - Radzę przemyśleć decyzję skarbie. Buźka! - krzyknęła uciekając ze swoimi towarzyszkami. Leżałam na korytarzu bezradna lecz postanowiłam się podnieść i pójść do pierwszej lepszej łazienki żeby się chociaż ogarnąć. Moje postanowienie? Nie dać się jej tak łatwo. Idąc z głową w dół i ręką na brzuchu szłam przed siebie kiedy poczułam, że na kogoś wpadam. Na szczęście byli to Armin, Alexy i Lysander ale postanowiłam ich zignorować i jak najszybciej udać się do łazienki. Gdy chciałam to zrobić poczułam, że ktoś obejmuje mnie w talii i obraca do siebie. 
      - Czemu nas ignorujesz? - zapytał z wielkim wyrzutem Armin, który teraz oderwał się od konsoli. Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Z głową w dół odpowiedziałam.
      - Zostawcie mnie muszę do łazienki. - zaczęłam się mu wyrywać.
      - Ej, popatrz na mnie i powiedz co się dzieje. Weź. - zaczął mówić i nie chciał odpuścić, że na niego nie patrzę. Chciał dotknąć mojej brody ale gdy to zrobił od razu odsunął rękę, bo zobaczył na swoich palcach krew. Przeraził się ale postanowił spróbować po raz drugi. Kolejny raz chciał podnieść moją brodę lecz cały czas się upierałam. Za czwartym razem mu się udało. Gdy na mnie spojrzał odskoczył jak oparzony i jedyne co udało mu się krzyknąć było "O kurwa" zanim zemdlał. Lysander zawsze pomocny podbiegł do Armina i zaczął go policzkować aby się obudził. Korzystając z okazji chciałam uciec lecz przeszkodził mi ktoś kto szarpnął mnie za rękę. Był to drugi z bliźniaków. Stanowczo przyciągnął mnie do siebie i z automatu podniósł moją głowę by móc się przyjrzeć mojej twarzy. W jego oczach było widać szok i załamanie. Jedyne co teraz chciałam i mogłam zrobić to zacząć płakać. Pierwsza łza spłynęła po moim policzku, która sprawiła mi ból, ponieważ spłynęła na ranę na policzku. Syknęłam z bólu i zaczęłam bardziej płakać nie zwracając już uwagi na piekące miejsca na mojej twarzy. Alexy widząc to chwycił mnie za rękę i poleciał do pielęgniarki. Było to jedyne spokojne i puste miejsce w całej szkole. Miny uczniów patrzących na mnie były bezcenne. Zakrwawiona, płacząca dziewczynka. No normalnie jak z horroru wzięta. Gdy doszliśmy do pielęgniarki chłopak posadził mnie na łóżku szpitalnym i pobiegł po coś do szafki. Czekając na niego około pięciu minut oglądałam krew kapiącą mi na rękę i tworzącą czarodziejskie wzorki. Było to przepiękne jak kilka kropel połączyło się i tworzyło na przykład serduszko z zawijasami. Moją zabawę przeszkodził mi chłopak, który kazał mi siedzieć nieruchomo i patrzeć przed siebie. Chwycił gazik i wodę utlenioną.
      - Nie chcę, nie rób. - zaczęłam gdy od razu mi przeszkodził.
      - Proszę daj mi to zrobić, bo wda się zakażenie i będziesz bardziej płakała - powiedział z prośbą w głosie. Musiałam się zgodzić. Gdy tylko pokiwałam głową poczułam bardzo bolesne pieczenie. Głośno syknęłam z niesamowicie strasznego bólu. Niebieskowłosy widząc to złapał mnie za rękę i mocno ściskał. Po około trzydziestu sekundach ból minął jednak to nie był koniec. Z tego co wiem pozostało jeszcze pięć ran do odkażenia. Z każdą raną ból wzrastał i wydłużał się. Po dwudziestu minutach każda rana była już zaklejona słodkimi małymi plasterkami a ja odetchnęłam z ulgą. Jednak w moich oczach nadal były łzy. Poczułam się bezsilna, bo wiedziałam, że ta blondynka nie da mi spokoju przez najbliższy czas. Poroniłam pierwszą łzę.
      - Błagam, nie płacz już, bo sam zacznę płakać! - krzyknął z uśmiechem mój zbawiciel. Odwzajemniłam uśmiech ze łzami w oczach i rzuciłam się na niego z wielkim uściskiem, który od razu odwzajemnił. Staliśmy może tak z pięć minut.
      - Prz-rzepraszam - powiedziałam po chwili. Chłopak spojrzał mi w oczy. Miał różowe soczewki więc wyglądał jak dziecko z anime wzięte.
      - Wybacz, że pytam ale za co? - zapytał 
      - Usmarkałam Ci koszulkę - oznajmiłam. Na to zdanie zareagował śmiechem i wzmocnił uścisk. Trwaliśmy tak chwilę kiedy do pokoju pielęgniarki wparowali chłopcy.
      - No, kurwa niepotrzebnie się martwiłem! Widzę, że sobie świetnie radzicie. - wydyszał Armin uśmiechając się podejrzliwie. Alexy zaczął się śmiać.
      - Debilu, przecież wiesz, że mam chłopaka więc oszczędź sobie - odpowiedział z uśmiechem. Poczułam się dziwnie. Przytula mnie a ma chłopaka? Tóż to zdrada! Oderwaliśmy się od siebie pod moim pretekstem, że już jest dobrze. 
      Podziękowałam im za pomoc i powiedziałam żeby mnie zwolnili z lekcji, bo nie jestem w stanie siedzieć dalej w szkole. Po uzgodnieniu wszystkiego udałam się w kierunku domu. W czasie drogi postanowiłam spojrzeć na telefon. 5 sms od Lysandra o treści gdzie jestem, 1 połączenie od Lysandra, 2 połączenia od Armina i 1 sms od Alexego, który doszedł przed sekundą. Postanowiłam odczytać zawartość.


Od Alexiątko :D :
To jak? Jutro idziemy na umówiony szoping? Dasz radę? :C + 
Masz mi opowiedzieć co się stało, bo się martwię! 
Jestem twoim braciszkiem muszę wszystko wiedzieć *foH*!

Uśmiechnęłam się na podczas czytania sms'a. Naprawdę przejął się rolą mojego braciszka. Odpisałam mu, że wszystko nadal aktualne, że wszystko opowiem. Nie mogę się doczekać jutrzejszego dnia. Mam nadzieję, że będzie on lepszy niż dzisiejszy...


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Pozdrowienia dla Rudej Kasi Tomczyk, która towarzyszyła mi podczas pisania opowiadania.
Oczywiście pozdrowienia także dla Sary, która obchodzi dzisiaj urodziny! Sto lat!

Przyznam, że dzisiejszy rozdział średnio mi się podoba. Mało oryginalny moim zdaniem i mało się dzieje ;/ Proszę o opinie i komentarze! :)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~



poniedziałek, 27 stycznia 2014

Rozdział II

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Pozdrowienia dla Martyny, która pomogła odrobinę mi w pisaniu rozdziału. :)
Zapraszam do czytania i komentowania!
      ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

      Nadszedł czwartek. Od zawsze byłam rannym ptaszkiem. Gdy tylko pierwsze promyki słońca pojawiły się w moim pokoju powoli zaczęłam otwierać oczy. Od razu byłam pewna, że ten dzień będzie jednym z gorszych. Dlaczego? Ponieważ to mój pierwszy dzień w nowej szkole. Chciałabym zrobić jak najlepsze wrażenie ale zapewne od razu po wejściu do szkoły zrobię coś bardzo kompromitującego - jak zawsze zresztą. Ciągle robiłam z siebie idiotkę gdziekolwiek byłam ale zawsze podchodziłam do tego z dystansem dlatego ludzie o tym zapominali i zaczynałam od "czystej karty". 
      Po przebudzeniu zerwałam się z łóżka i powędrowałam w kierunku łazienki wziąć szybki, zimny prysznic - taki zawsze lubiłam najbardziej po czym powędrowałam do szafy. Postanowiłam ubrać się przed zejściem do kuchni. Mój dzisiejszy strój  był mieszaniną czerni z brązem i kontrastami. Kwiatowe, krótkie spodenki z wysokim stanem. Do nich rajstopy, które dawały wrażenie zakolanówek przyczepionych do spodenek za pomocą klipsów a żeby wszystko do siebie pasowało jasno brązowy sweter, czarny komin i tego samego koloru buty na koturnie. Gdy oceniłam swój strój na wynik pozytywny postanowiłam zabrać się za zrobienie fryzury. Dzisiaj postawiłam na naturalność dlatego je rozpuściłam i tylko uczesałam - niech układają się jak chcą. Spojrzałam na zegarek. Już siódma dwadzieścia jeżeli się nie pośpieszę spóźnię się już pierwszego dnia! Zbiegłam szybko do kuchni i przygotowałam sobie płatki z mlekiem, bo tylko je zjem tak szybko aby zdążyć do szkoły. Po spożyciu posiłku wzięłam torbę z książkami i udałam się w kierunku centrum nauki wcześniej zamykając drzwi na klucz.
      Podczas drogi do szkoły zatrzymywałam się co jakiś czas oglądając uroki nowego miejsca. Przyznam, że bardzo mnie urzekło więc w myślach postanowiłam, że po szkole udam się na spacer i zobaczę gdzie mogłabym spędzać czas. Chciałam więcej czasu spędzać po za domem, bo jeżeli cały czas będę siedziała w domu nigdy nie zorientuję się w terenie.
      Do szkoły dotarłam o godzinie siódmej czterdzieści-pięć. Szybkim chodem przeszłam przez korytarz zatłoczony uczniami. Jedni grzebali w szafkach jeszcze inni biegali i darli się, że było ich słychać z odległości kilometra a nawet za bramami szkoły. Czułam, że bez porządnej paczki tabletek przeciwbólowych nie przetrwam tu nawet dwóch godzin lekcyjnych. Z myślenia nad nowym otoczeniem wyrwał mnie czyiś uścisk od tyłu. Był tak mocny i stanowczy, że miałam już głównego podejrzanego. Odchyliłam głowę do tyłu żeby zobaczyć kto to jest przy okazji kładąc ją na klatce piersiowej oprawcy. Tak jak myślałam tak było - Alexy. 
      - Czyli jednak przybyłaś! - pisnął tak, że bębenki uszne zaczęły pulsować szybciej niż biło moje serce. Uśmiechnęłam się.
      - A dlaczego miałabym nie przybyć? - zapytałam podnosząc jedną brew do góry.
      - Mogłaś równie dobrze nas okłamać żeby mieć nas z głowy! - odpowiedział szybko z wyraźnym wyrzutem w głosie.
      - Nie jestem taka. Dobra, puścisz mnie? Ludzie dziwnie się na nas patrzą - zauważyłam przypadkowo patrząc w inną stronę. - Przy okazji muszę iść zobaczyć w której sali mam teraz lekcje. - dodałam po chwili.
      - Ym, no dobrze - westchnął puszczając mnie - Jaki masz teraz przedmiot jeżeli mogę wiedzieć? 
      - Czekaj już patrzę - odpowiedziałam wyciągając z kieszeni spodenek prostokątną karteczkę z napisem "plan lekcji". Złapałam się za głowę i westchnęłam. - No świetnie. Pierwszą mam matematykę - dodałam ze smutkiem w oczach. Nigdy nie lubiłam matematyki. Dosłownie w każdej szkole byłam z niej zagrożona i ledwo przechodziłam do następnych klas. Znowu z myślenia wyrwał mnie niebieskowłosy.
      - To wiem gdzie masz teraz lekcje! Będziesz w klasie z Lysandrem i Kastielem oni na pewno pomogą ci ze wszystkim! - oznajmił uśmiechając się. Widziałam teraz dokładnie całą jego jamę ustną. - Zaprowadzę Cię, chodź! - poszedł przed siebie. Szedł tak szybko, że wręcz musiałam za nim biec a w butach na koturnie to wcale nie jest taka łatwa sprawa. Gdy dołączyłam do niego krokiem byliśmy już pod klasą tortur gdzie pod ścianą siedzieli moi nowi znajomi. Białowłosy gdy nas zobaczył od razu wstał. Tylko Kastiel siedział cały czas nie zwracając na nas uwagi. Widać, że bardziej interesowały go ciężkie bassy wydobywające się z jego masywnych słuchawek. Postanowiłam to zignorować i zająć się chwilą obecną. 
      - Witaj Ari, miło widzieć Cię z samego rana - przywitał mnie ciepło Lysander.
      - Cześć Lys mi jest również miło widzieć Cię w tak dobrym humorze - przywitałam go z tym samym uśmiechem jakim on przywitał mnie. Wtedy zadzwonił pierwszy dzwonek oznajmujący, że uczniowie mają zbierać się już pod swoimi klasami. Gdy Kastiel podnosił się z miejsca od razu podniósł głowę w naszym kierunku. Otrzymałam od niego kiwnięcie głową na przywitanie, ponieważ z tego co widzę nie miał zamiaru zaprzestać słuchania swoich wybornych kawałków z odtwarzacza. Po zadzwonieniu drugiego dzwonka, który zapraszał nas do swoich klas wszyscy znajdowali się już w środku sali 43, czyli jak wcześniej wspominałam sali tortur. Wszyscy zajęli już swoje miejsca gdy tylko ja stałam przy drzwiach szukając jakiegoś wolnego miejsca dla siebie. W oddali zobaczyłam rudowłosą dziewczynę, która do mnie macha z pełnym entuzjazmem wskazując, że jest wolne miejsce obok niej. Pomyślałam, że warto zająć miejsce obok niej więc powędrowałam do jej ławki, która znajdowała się w środkowym rzędzie. Gdy usiadłam usłyszałam cichy głos obok siebie.
      - Cześć! Jestem Iris i podejrzewam, że jesteś nowa w naszej szkole więc mam nadzieje, że szybko się zaaklimatyzujesz - powiedziała to tak cicho, że nie usłyszałam dokładnie jej imienia. 
      - Mi również miło Irys, jestem Ariana - odpowiedziałam z uśmiechem na ustach. Zaraz zauważyłam, że Irys włącznie z kilkoma osobami się śmieją.
      - Nie Irys tylko Iris głuptasie ale podoba mi się to więc możesz mnie tak nazywać! - wykrzyknęła biorąc miodowego cukiereczka do buzi - Chcesz jednego? - zapytała.
      - Nie, dziękuję - odpowiedziałam. Nie lubiłam jeść cukierków a szczególnie miodowych.
      - Masz i nie marudź, bo strasznie chuda jesteś! - stwierdziła z wyrzutem i wcisnęła mi cukierka do ręki, którego postanowiłam wrzucić na dno torby. Później coś z nim zrobię. Zaczęła się lekcja. Nie zwracając uwagi na nauczycielkę przegadałam z Irys całą lekcję niczego z niej nie wynosząc.
      Reszta lekcji minęła całkiem znośnie i mogłam uznać ten dzień w szkole za udany po mimo przekręcenia imienia Iris. Ale dzięki mnie zyskała nowe przezwisko, które jest teraz używane przez każdego. Podczas przerw poznałam kilka nowych osób i można powiedzieć, że czuję się już w tej szkole pewniej. 
      Po szkole pogadałam jeszcze chwilę z chłopakami i postanowiłam już pójść nie podając im powodu mojego odejścia. Tak jak sobie obiecałam rano poszłam pozwiedzać swoją dzielnicę co okazało się bardzo przydatne. Dowiedziałam się gdzie są najważniejsze sklepy typu spożywczy i miejsca, w których mogłabym znaleźć trochę czasu dla siebie. Zdecydowanie takim miejscem był dla mnie park, do którego postanowiłam udać się od razu. Po drodze do niego zakupiłam butelkę wody i trzy jabłka, bo poczułam burczenie w brzuchu. Gdy dotarłam do wyznaczonego celu postanowiłam zająć miejsce pod wielką wierzbą, która stanowiła schronienie przed upalnym dzisiaj słońcem. Zajmując miejsce zdjęłam torbę z ramienia i popijając wodę zaczęłam nucić sama do siebie: 



I've been looking under rocks and breaking locks,

Just tryna find ya.

I've been like a maniac insomniac,
5 steps behind you.

Tell them other girls,
They can hit the exit,
Check please...

Cause I finally found the girl of my dreams
Much more than a Grammy Award
That's how much you mean to me.


[...]

Już w wieku dziesięciu lat uważałam, że śpiewanie całkiem dobrze mi wychodzi lecz nigdy nie potrafiłam śpiewać nawet dla jednej osoby. Zawsze śpiewałam gdy nikogo nie było w domu albo w pobliżu mnie. Śpiew sprawiał, że się uspokajałam i mogłam wyobrazić sobie rzeczy, których jeszcze nie byłam sobie w stanie wyobrazić wcześniej. Moje dalsze śpiewanie przerwały mi szelesty krzaków. Ktoś tutaj był to było pewne. Wtedy tak jak myślałam zza krzaków wyskoczył Armin robiąc oczy jakby zobaczył siódmy cud świata. Spojrzał na mnie i zapytał:
      - Śpiewała tutaj przed chwilą jakaś dziewczyna widziałaś może w jakim kierunku poszła? - zapytał patrząc w prawo i lewo - Proszę muszę z nią pogadać
      - Myślałam, że jesteś trochę bardziej spostrzegawczy. To ja śpiewałam tumanie - powiedziałam i strzeliłam takiego facepalma, że zabolało mnie czoło. Ałć! Pewnie zostanie czerwony ślad.
      - Weź nie pierdol tylko pomóż mi ją znaleźć! - krzyknął i zaczął się oddalać. O nie tak nie będziemy się bawili kolego. Szybko złapałam go za nadgarstek i przyciągnęłam do siebie. Spojrzał mi w oczy a ja zaczęłam śpiewać: 

You could be my it girl
Baby you're the sh*t girl
Lovin you could be a crime

Crazy how we fit girl
This is it girl
Give me 25 to life

Nie miałam odwagi już zaśpiewać dalej. Gdy skończyłam ostatni raz spojrzałam na chłopaka, który milczał i podeszłam do drzewa gdzie leżała moja torba. Założyłam ją na ramię i szłam w kierunku wyjścia z parku. Byłam poddenerwowana i chciałam jak najszybciej udać się do domu. Jednak wędrówkę przerwał mi brązowowłosy, który szarpnął mnie za nadgarstek tak mocno, że zdrapał z niego kawałek skóry. Trochę bolało i krwawiło ale nie zwracałam na to uwagi. Zależało mi tylko na tym żeby wyrwać się z jego "kajdanek" założonych na moje dłonie lecz bez skutku. Wtedy Armin zaczął:
      - Posłuchaj mnie. Lysander i Kastiel poszukują damskiego wokalu do swojego zespołu a ja im mam pomóc w poszukiwaniu - westchnął po czym kontynuował - Pójdziesz ze mną do nich i im zaśpiewasz to co mi, zgoda? - wyczekiwał mojej odpowiedzi jak na werdykt w sądzie. 
      - Wybacz ale nie mogę. Nie nadaję się do śpiewania w zespole a w szczególności na próbach czy nawet koncertach, wybacz. - Powiedziałam oschłym tonem. Nie mogłam inaczej, ponieważ czułam się bezsilna. Gdyby ktoś dowiedział się o mojej małej tajemnicy związanej z potajemnym śpiewem musiałabym chodzić na lekcje muzyki i inne pierdoły z tym związane. Brązowooki nie dał za wygraną. Zacisnął mocniej swoje "kajdanki" i powiedział:
      - Pójdź chociaż ze mną i zaśpiewaj jedno zdanie. Błagam, bo oni mnie zamordują własnymi rękoma jeżeli nie uda mi się nikogo znaleźć a przyznam, że głos masz niepowtarzalny, serio - westchnęłam i pokiwałam głową na znak zgody. Wtedy odetchnął z ulgą i mnie do siebie przytulił tak samo mocno jak Alexy - był to kolejny dowód, że są braćmi. Obydwoje ściskają tak samo mocno i z takim samym zapałem. 
      Gdy wyrwałam się z jego uścisku oznajmiłam, że udam się już do domu. Pożegnałam się ze swoim towarzyszem i poszłam powolnym krokiem do zacisza zwanego domem.
Była już godzina dziewiętnasta dwie i zaczęło się pomału ściemniać więc dobrze, że już szłam do wyznaczonego celu gdyż bałam się sama przebywać w ciemnych ulicach miasta. Po dotarciu do lokum uznałam, że obejdę się bez obiadu i kolacji więc udałam się do pokoju Michaela na chwilę aby z nim porozmawiać. W końcu nie rozmawiałam z nim od dwóch dni. Po trzydziestu minutach śmiechu i rozmowy udałam się do swojego pokoju, bo nie chciałam już mu zawracać głowy. Ostatnio znalazł sobie pracę jako kelner w restauracji i ciężko pracuje dlatego wraca do domu zmęczony. Po przebraniu się w piżamę podstawowo składającej się z bluzki do bioder i bielizny udałam się do łóżka myśląc nad dzisiejszym dniem. Gdyby nie rana na nadgarstku, którą sprezentował mi cudowny kolega uznałabym ten dzień za jeden z lepszych. Po codziennej rutynie stanowiącej rozmyślania nad dniem obecnym udałam się w objęcia morfeusza.



niedziela, 26 stycznia 2014

Rozdział I

      Przed chwilą dojechaliśmy do nowego domu. Na pierwsze wrażenie wydawał się niesamowity - dwupiętrowy, biały z czarnymi akcentami. Ogród nie był już taki nowoczesny - trawnik i ogrodzenie z kamienia. Nic nadzwyczajnego lecz świetnie współgrało to z nowym miejscem zamieszkania. Dookoła stały inne domy, które wyglądały dokładnie tak samo. Trochę to potrwa zanim ze szkoły znajdę odpowiedni dom.
      - No co tak stoisz? Chodź lepiej do środka - powiedział Mike - No szybciej, bo robi się zimno.
      - Zaraz przyjdę daj mi pooglądać dom. - odpowiedziałam. Chwilę później zniknął za drzwiami głośno nimi trzaskając. Westchnęłam i postanowiłam po krótkim czasie wejść do środka. Pierwsze co przykuło moją uwagę to podłużne kolorowe neony przyczepione do ściany. Przyznam, że bardzo oryginalne. Postanowiłam wejść wgłąb i zobaczyć wszystkie pokoje. Nie było ich zbyt wiele ale za to były ogromne. Na sam koniec pozostawiłam swój pokój od którego dzieliły mnie już tylko białe błyszczące drzwi. Weszłam do środka i oniemiałam. Pokój był urządzony w stylu nowoczesnym z dominującym brązem i bielą. Podłoga była wykonana z białych śliskich płytek. Takiego samego koloru były też łóżko, szafa i komoda. Wszystko to dopełniały brązowe ściany i poduszki. Myślę, że to będzie mój drugi schron. Pierwszy miałam w Polsce.
      - I jak podoba Ci się twój nowy pokój słońce? - mój tok myślenia zakłóciła mama.
      - Jest świetny. Na pewno szybko się przyzwyczaję do nowego miejsca - odrzekłam i przytuliłam kobietę, która stała obok mnie. Odwzajemniła uścisk lecz zaraz potem poinformowała mnie, że łazienka jest wolna i rozkazała mi iść się umyć. W końcu już jutro muszę zapisać się do nowej szkoły. Po kąpieli i przebraniu w strój do spania składający się wyłącznie z bielizny i koszulki do bioder wpadłam w objęcia morfeusza.

      Następnego ranka obudziłam się w wyśmienitym humorze. Byłam gotowa na nową szkołę i mam nadzieję - nowe znajomości. W głębi duszy miałam nadzieję, że chociaż tutaj będę traktowana normalnie a nie jak w poprzedniej szkole jak obiekt do patrzenia i wzdychania. Gdy zeszłam do kuchni okazało się, że w mieszkaniu już nikogo nie ma. Jedyne co zastałam to gotowe śniadanie w postaci kanapek z serem i karteczkę na lodówce.

Śniadanie masz na blacie i pamiętaj, że dzisiaj masz zanieść dokumenty do nowej szkoły. 
Poniżej masz adres i miłego dnia córuś!
Mama i tata.

      No świetnie. Jak ja znajdę te szkołę skoro nawet nie wiem na jakiej ulicy jestem? Nadzieja matką głupich.Wyszłam do ogrodu żeby sprawdzić jaka jest pogoda.
Było w miarę ciepło więc postanowiłam ubrać czarną spódnicę z wysokim stanem, jeansową bluzkę z kieszonką, zakolanówki i białe Converse. Z fryzurą nie miałam zamiaru szaleć więc zakręciłam sobie tylko delikatne loki. Włosy miałam przed pupę więc ta fryzura bardzo ładnie wyglądała z tą stylizacją. Nie zwlekając postanowiłam opuścić swoje nowe lokum w poszukiwaniu szkoły pod adresem, który zapisałam sobie na kartce aby nie zapomnieć.
      Na początku nie wiedziałam gdzie mam iść. Przez pięć minut stałam i myślałam, który kierunek wybrać. W ostateczności zdecydowałam, że pójdę w lewo, bo przypomniało mi się co kiedyś mówili nam w podstawówce - Jeżeli ktoś będzie Cię gonił lub śledził to przy każdym zakręcie skręcaj w lewo. Stare dobre czasy. Po dziesięciu minutach spaceru straciłam orientację w terenie. Jedyne co widziałam to park. Tak, park! Na sto procent znajdę tam kogoś kto powie mi gdzie jest ta ulica. Genialne! Zaczęłam biec w tym kierunku. Gdy dobiegłam pierwsze co rzuciło mi się w oczy to grupka chłopaków siedzących pod ogromnym, starym dębem. Byli nawet przystojni. Przystojni? O czym ja teraz myślę! Mam przecież znaleźć przeklętą ulicę a nie patrzeć na chłopców w parku. Zanim do nich podejdę postanowiłam poszukać osoby dorosłej jednak bez pozytywnych skutków. Przełamałam się i postanowiłam do nich podejść. Na początku szłam wolno lecz postanowiłam przyspieszyć krok. Gdy do nich doszłam spojrzeli się na mnie z miną "czego?" i oczekiwali, że powiem im co chcę.
      - Przepraszam, że przeszkadzam wiecie może gdzie jest ulica Rue Malus? - zapytałam niepewnym tonem. Długo na odpowiedź nie czekałam, gdyż odpowiedział mi brązowowłosy chłopak.
      - Jak widzisz wyjście do parku pójdź w prawo. Następnie skręć w lewo gdy zobaczysz charakterystyczny żółty budynek i idź cały czas prosto aż zobaczysz kamieniste podłoże, bo to jest początek ulicy Rue Malus. - odpowiedział i się uśmiechnął.
      - Dziękuję, tyle chciałam wiedzieć - odwzajemniłam uśmiech. Kiedy odwróciłam się na pięcie i miałam iść poczułam, że ktoś łapie mnie za kostkę. Przyznam, że nie było to zbyt delikatne.
      - Już idziesz od nas? - powiedział z wyrzutem białowłosy mężczyzna przy okazji robiąc podkówkę.
      - Właśnie! - krzyknęli jednocześnie pozostali dwaj. W milczeniu jedynie siedział czerwonowłosy. Czuję, że niezbyt pasuje mu moje towarzystwo.
      - A skąd mam pewność, że nie chcecie zrobić mi krzywdy albo coś w ten deseń? - zapytałam.
      - Ponieważ jesteśmy przyjaźnie nastawieni, prawda? - odpowiedział mi chłopak z niebieskimi włosami.
      - No pewnie! - odpowiedzieli mu z takim optymizmem, że aż mnie to raziło w oczy - No weź z nami pogadaj chociaż pięć minut! Zaśmiałam się.
      - No dobra, dobra ale przestańcie się tak na mnie gapić! - przeraziłam się. Postanowiłam usiąść razem z nimi w jednym kręgu. Intrygowało mnie to, że jedynie czerwonowłosy nie dołączył do naszego kręgu. Myślenie przerwał mi krzyk,
      - No chodź tu baranie! - wydarli się na niego.
      - Po co? Żeby pogadać z jakąś lalunią? Sorry ja pasuję. - warknął. Wtedy wpadłam w furię.
      - Przepraszam, kogo nazywasz lalunią? To, że jestem płcią przeciwną nie oznacza, że nie mogę Ci przywalić a przyznam, że słaba w te gierki nie jestem - odpowiedziałam z takim samym zapałem jak on. Podniósł głowę do góry więc spojrzałam mu w oczy. Na początku widać było w nich złość lecz po kilku sekundach złość zmieniła się w obojętność.
      - Dobra. Powiedzmy, że masz na razie czystą kartę. Nie spierdol tego. - rzekł spokojnym tonem i dosiadł się do naszego kółka. Siedziałam pomiędzy niebieskowłosym a brązowowłosym.
      - To może opowiecie coś o sobie? - zagadałam. Każdy z nich po kolei opowiadał coś o sobie. W końcu poznałam ich imiona i dowiedziałam się kilku faktów - między innymi tego, że jeden z nich jest innej orientacji więc jak mnie przytuli albo pocałuje w policzek nie mam brać tego na poważnie. Kto normalny całuje kogoś w policzek bez powodu? Zresztą, po pięciu minutach przyszła kolej na mnie. Opowiedziałam im o mojej karierze modelki i o tym, że trochę mi się to nie podoba. Dodałam do opowiadania też, że idę zapisać się teraz do nowej szkoły więc dlatego pytałam o ulicę.
      - Czyli będziesz chodziła do Słodki Amoris? Wyśmienicie! - krzyknął Alexy (niebieskowłosy) i mnie przytulił tak mocno, że nie mogłam oddychać. Postanowiłam odwzajemnić jego uścisk z nadzieją, że go trochę rozluźni. Myliłam się.
      - P-p-uść mnie, b-bo ła-amiesz mi ż-e-bra. - wyjąkałam do niego. Wtedy szybko mnie puścił i spojrzał troskliwym wzrokiem. Głośno i szybko nabrałam powietrza i położyłam się na trawę łapiąc się za głowę. Wyglądało to jak scena śmierci. 
      - Popsułeś nam Ari! A już myślałem, że się z nią zaprzyjaźnię! - wykrzyknął białowłosy i złapał się za serce - Moje życie już nie ma sensu. 
      - Lysander ja żyję. - podniosłam się i popatrzałam na niego jak na idiotę.
      - Ariano! Serce moje! Duszo moja! Wiedziałem, że jednak wrócisz do mnie! - wyrecytował jak profesjonalny aktor i wdał się w sztuczny płacz. Pozostali włącznie ze mną wybuchli śmiechem. Gdy się uspokoiłam postanowiłam spojrzeć na godzinę w telefonie. Świetnie, dziesiąta jeden. Rozmowa pięciominutowa zamieniła się w godzinną! Z wielką niechęcią podniosłam się z trawy. Wszyscy popatrzeli na mnie. 
      - Wybaczcie ale muszę już iść - westchnęłam.
      - To co do zobaczenia w szkole? - zapytał brązowowłosy.
      - Oczywiście! Pa! - krzyknęłam gdy byłam już w drodze.
      - Pa! - odkrzyknęli. Tym razem w czterech.
Podczas drogi na wskazaną ulicę według instrukcji poczułam,że coś mnie uwiera w kostkę. Dziwne, przecież te buty mam już rok i ani razu mnie tak nie bolało. Postanowiłam usiąść na ławce i zdjąć but. Doznałam szoku gdyż problemem całego bólu była mała karteczka z ostrymi końcami. To one spowodowały ból. Zaraz? Karteczka? Od kiedy karteczki noszę w bucie? Szybko wyciągnęłam ją z buta i zaczęłam czytać zawartość.

Hej! :DD
Może to nie odpowiednia forma dostarczania wiadomości ale przy chłopakach inaczej tego nie zrobię. Może pójdziemy na SZOPING jutro lub po jutrze? ;) Jeżeli tak zadzwoń na numer poniżej. 
Chyba wiesz kto pisze, prawda?! XD

Z automatu wiedziałam kto napisał te karteczkę. Jedynym chłopakiem z nich, który lubił zakupy był Alexy!
Wieczorem podejmę decyzję. Teraz nie mam do tego głowy. Schowałam ją szybko do kieszonki w koszulce i udałam się do nowej szkoły. Pierwszy dzień a ja mam już nowych znajomych, którzy są całkiem sympatyczni. Zapowiada się świetnie.
      Gdy dotarłam do szkoły stanęłam przed nią żeby się rozejrzeć. Nie była jakaś wyjątkowo ładna ale na pewno był wysoki poziom nauczania skoro rodzice mnie do niej mieli zapisać. Westchnęłam i udałam się do środka idąc od razu do dyrektorki załatwić sprawy i mieć to z głowy. Podczas drogi wyłapałam kilka spojrzeń uczniów. Jak zwykle. Gdy byłam pod salą dyrektorki postanowiłam zapukać lecz nie dostałam odpowiedzi. Chciałam otworzyć drzwi lecz bez skutku. Rewelacja. Wtedy ktoś postukał mnie w ramię. Odskoczyłam przestraszona.
      - Szukasz czegoś drogie dziecko? - zapytała mnie starsza pani z siwymi włosami.
      - Dzień dobry. Tak poszukuje dyrektorki tej szkoły. - odpowiedziałam miłym głosikiem.
      - Ah, to ty jesteś Ariana Phantomhive? - wskazała na mnie - Miło będzie nam Ciebie uczyć w naszej szkole. Wejdź i omówimy wszystko co należy. - dodała z entuzjazmem na jej starej twarzyczce. 
Jak powiedziała tak zrobiłam. 
      Po około trzydziestu minutach wszystko omówiłyśmy i udałam się w kierunku dziedzińca. Jakim szokiem było to, że bez problemu trafiłam prosto pod swój dom. Wywnioskowałam, że do szkoły wcale nie mam tak daleko jak mi się wydawało. Spokojny spacer z rana będzie dla mnie idealny.

      Po wejściu do domu nikogo nie zastałam. Odgrzałam sobie obiad, który zrobiła wczoraj mama i postanowiłam pójść do swojego zacisza zwanego sypialnią. Wtedy przypomniałam sobie, że miałam odezwać się do Alexego w sprawie "szopingu". Szybko wpisałam numer z karteczki i zaczęłam pisać sms'a. Tak samo jak szybko napisałam tak szybko dostałam odpowiedź. Zaczęliśmy pisać na niestworzone tematy czyli dosłownie o wszystkim. Wywnioskowałam, że jesteśmy umówieni na "szoping" w sobotę o godzinie jedenastej trzydzieści. Napisałam, że zobaczymy się jutro w szkole i poszłam do łazienki na "night routine".
Po zakończonej terapii ubrałam się w piżamę i położyłam na łóżko. Była już godzina dwudziesta druga pięćdziesiąt. Rodzice już dawno wrócili do domu tylko brakowało mojego brata. Z resztą mało istotna informacja. Po dalszych zamysłach dotyczących dnia dzisiejszego zasnęłam wyczekując nowego dnia zapewne pełnego nowych interesujących rzeczy.

Prolog - Doesn't so easily.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Wiadomość od autorki:
Witajcie! Jako iż zaczynam dopiero pisać opowiadanie i jest ono moim pierwszym zachęcam do komentowania i pisania swoich uwag dotyczących wyglądu, rozdziałów i ogólnych opinii związanych z blogiem. Rozdziały będą pojawiały się w różnym terminie czyli czasami co 1 dzień a czasami co tydzień ale postaram się dodawać regularnie. :) 
Zapraszam do czytania!

PROLOG NAPISANY NA SPONTANA WIĘC RADZĘ GO OMINĄĆ I PRZEJŚĆ DO ROZDZIAŁU PIERWSZEGO

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Ostatni dzień w Polsce zapowiadał się jednym z najgorszych w moim życiu. Nigdy nie lubiłam ,wręcz nienawidziłam pożegnań, łez i wspomnień, które w takich momentach najbardziej górowały. Jednak nadszedł dzień, w którym musiałam to zrobić. Moi rodzice postanowili spełniać swoje ambicje zupełnie gdzie indziej a dokładniej we Francji.
Od małego interesowałam się modelingiem, pozowałam dla amatorskich sesji zdjęciowych, które robiła moja mama i wstawiała na portale społecznościowe typu Facebook.com. Gdy miałam 13 lat do rodzicielki przyszedł list proszący o sesję na okładkę gazety z moim udziałem - wtedy zaczął się mój debiut w modelingu. Co miesiąc chodziłam na sesje do gazet, książek i zwykłych do portfolio, które obecnie jest całkiem duże.
Obecnie mam 17 lat i nie umiem pogodzić swojego hobby z edukacją. Mama stała się moją menagerką a ojciec zajmuje się sprawami finansowymi. Doszli do wniosku, że "taki skarb" nie może rozwijać się w jednym miejscu cały czas, dlatego zdecydowali się na przeprowadzkę przy okazji łamiąc mi serce. Wiedzieli, że mam tu przyjaciół, których znam od przedszkola. Przeżywałam tutaj swoje pierwsze upadki i wzloty, pierwsze miłości, pierwszy pocałunek, pierwszy chłopak [...] i teraz wszystko chcą mi odebrać. Zostawić tylko zdjęcia i wspomnienia. Rozumiem przeprowadzić się do kraju obok ale aż do Francji?
Nadeszła ta godzina - godzina odlotu. Ze łzami w oczach żegnałam się z przyjaciółmi i kolegami.

- Obiecujesz, że odezwiesz się gdy dolecisz na miejsce? - zapytała Ania szlochając
- Obiecuje, że odezwę się do każdego- odpowiedziałam wychodząc z wielkiego uścisku przyjaciół
Gdy miałam wsiadać już do auta, w którym czekał brat z odpalonym silnikiem ktoś złapał mnie za nadgarstek i przyciągnął do siebie. To był ON. Chłopak, którego pokochałam od pierwszego wejrzenia, mój najlepszy przyjaciel Mateusz, płakał.
- Posłuchaj, chyba najwyższa pora żeby Ci to powiedzieć skoro prawdopodobnie już się nie zobaczymy - wyszeptał mi do ucha. Zaraz potem dodał.
- Jesteś dla mnie najważniejsza i na zawsze zostaniesz w moim sercu. Ja... - przerwał i spojrzał mi w oczy
- Ja... Kocham Cię, kocham jak nikogo innego. Nie miałem odwagi Ci tego powiedzieć aż do teraz. Proszę, nie zapominaj o mnie, bo ja o Tobie nie zapomnę nigdy. - wyszeptał ostatnie zdanie i złożył na moich ustach pocałunek, który oddałam.
Całowaliśmy się jakby zaraz miał zawalić się świat - a właściwie tak się dzieje.
Wali się świat ale mój. Gdy się od siebie oderwaliśmy mój zniecierpliwiony brat zaczął walić w klakson jak jakiś opętany. Przytuliłam się do szatyna i szepnęłam mu do ucha.
- Ja Ciebie też, nie zapomnę o Tobie. - ostatni raz spojrzałam w jego zielone oczy, które teraz wypełniał smutek i poczucie winy

Pobiegłam do samochodu, w którym Mike był już całkowicie czerwony ze złości.
- Dziewczyno gdybym wiedział, że takie nowele miłosne będziesz robiła na pożegnanie przyjechalibyśmy godzinę wcześniej, bo już jesteśmy spóźnieni!- warknął na mnie brunet
- Przepraszam. Dobra jedź już.- westchnęłam i oparłam się o drzwi samochodu

Michael pędził ponad 100 km/h żeby tylko zdążyć na lotnisko, w którym czekali już na nas rodzice.
Mama - wysoka, szczupła blondynka o wydatnych ustach i niesamowitych dużych niebieskich oczach ozdobionymi naturalnymi, długimi rzęsami oraz tata - Wyższy od mamy szatyn o niebiańsko czarnych oczach z umięśnionym ciałem, którego rysy było widać nawet w garniturze.

- No wreszcie dzieciaki!- krzyknął rozpromieniony ojciec na nasz widok.
- Nie moja wina, że Ariana wyrządziła komedie romantyczną!- wydukał Mike dysząc od biegu
- Zamknij się mendo afrykańska!- powiedziałam oschle stając mu na buta
- Ariano Phantomhive zachowuj się w miejscu publicznym jak przystało - zwróciła się do mnie spokojnie rodzicielka
- Przepraszam ale musiałam! Mógłby to zachować dla siebie. - odpowiedziałam patrząc na czubki swoich czarnych, matowych butów
- Komedia romantyczna powiadasz? - wtrącił się ojciec komicznie poruszając brwiami. Wszyscy wybuchliśmy śmiechem i zły humor poszedł w cholerę.

Nadeszła godzina 19:55 - samolot wzniósł się w powietrze. 
Patrząc przez okno poleciała mi łza smutku i żalu. Obiecuję sobie, że kiedyś tu wrócę. 
Wtedy widok zasłoniły mi wielkie, szare chmury. 
Czas zacząć nowy rozdział w swoim życiu. 
Ale nikt nie powiedział, że będzie łatwo.